Tiziano Terzani, Koniec jest moim początkiem, s. 311 i nast.
Dla Bai:
“Wiesz, przyjechałem ze wspaniałej, wielkiej cywilizacji - możesz powiedzieć o Chinach co chcesz, ale były wielkie! Wielki był Chiński Mur, wielki obszar, wielka tragedia, wielkie były braki, wielcy mordercy, wielka kultura, ludzki duch, wszystko w Chinach było wielkie. A tu znalazłem się w kulturze tego, co małe, detaliczne. To był dla mnie szok.
W Japonii detale są perfekcyjne. Idziesz do restauracji coś zjeść i co widzisz? Dają ci prostą miskę ryżu, a pośrodku - jak na japońskiej fladze - jedna piękna czerwona wiśnia (podejrzewam, że ume boshi, ale co tam - bayushi). (…) W Chinach, kiedy za naszego pobytu tam poszło się coś zjeść do restauracji, łokcie kleiły się do stołu, bo stołów nie myto albo robiono to zatłuszczonymi szmatami. Chlewik. Dania wręcz rzucano na stół. W Japonii wszytko natomiast było wyrafinowane (…), ale maleńkie”
I zupełnie wspomnieniowo, opisywałam dawno temu sytuację z Jap. gdy wracałam. Jedna ze znajomych stwierdziła wtedy, że nie ma po co wymieniać się adresami, bo przecież się nie zobaczymy, czy jakoś tak. A teraz TT:
“Wkrótce jeszcze jedna rzecz zrobiła na mnie wrażenie. Podczas gdy w Chinach mieliśmy wielu przyjaciół, w Japonii nie byłem w stanie zaprzyjaźnić się z nikim. Japończycy , z którymi miałem kontakt, nie byli osobami, ale rolami społecznymi, które wypełniali. (…)
Często opowiadam o zdarzeniu, które skonsternowało pewnego francuskiego dyplomatę. Był w Tokio już od czterech, pięciu lat, mówił dobrze po japońsku. Zaprzyjaźnił sie z urzędnikiem z Ministerstwa Spraw Zagranicznych odpowiedzialnym za stosunki z Francją. Spotykali się w pracy i bywali u siebie w domach. Pewnego dnia do Francuza zadzwonił Japończyk, informując: “chciałbym się z tobą pożegnać. Zmieniam wydział, teraz będę się zajmował innym krajem, dlatego już nie będziemy się widywać.”
I o nauce języka:
“Wyjechałem do Tokio (…) i przez trzy miesiące uczestniczyłem w jednym z tych intensywnych kursów, po których coś umiesz, albo zupełnie kretyniejesz.
Ukończyłem kurs, ale nie nauczyłem się japońskiego. Trzeba przyznać, ze byłem już dość stary - języków należy się uczyć w młodości - i miałem wrażenie, że mój umysł jest jak wiadro pełne wody. Za każdym razem, kiedy dokładałem sobie coś z japońskiego - ciach! - natychmiast zapominałem coś z chińskiego, na którym mi zależało. (…) Jeżeli jednak udajesz się do jakiegoś kraju, a ie potrafisz się samodzielnie porozumiewać, jesteś ograniczony, trochę “kulawy”.”
Nie ma Japończyków, są role. Niedawno dostałam mail do R. Napisał, że powoli ma dość tej Japonii, on już jest naście lat tam, bardzo blisko “tradycyjnej” Japonii. Opowiadał trochę o rolach, jak sam w nie wsiąka. W sumie, będąc gaijinem, też się w Japonii nie istnieje - jest się rolą białego człowieka, czymś wypisanym na wizytówce. A zachowując się inaczej niż rola, budzisz zdziwienie.
Tylko ostatnio znów mi się zatęskniło. Ale teraz się zastanawiam, tęsknię za Japonią faktycznie, za mieszkaniem tam, czy tęsknię za swoimi wycinkami Japonii - okonomiyakami, sushi, automatami, czekoladą i zupą kukurydzianą z puszki, włóczeniem się po świątyniach i chramach, odwiedzaniem księgarń, przyglądaniem się sklepom.
A jak macie dość moich błędów - oj zdarzają się literówki, gramatyka, nieskładne przecinki - to użyjcie editz, żeby zasugerować mi poprawkę. Taka jestem nowoczesna :)






Recent Comments