Smak języka

Czytam, oglądam, słucham, gram No Comments »

Zauważyłam ostatnio na półce książkę o intrygującym wyglądzie i intrygującym tytule. Książka, która łączy moje zamiłowanie do Azji i kuchni – na okładce było napisane, że to książka bliska “Kuchni” Banany Yoshimoto. Musiałam przeczytać!

Autorka, Koreanka, urodzona w Seulu  w 1969 roku (o dziwo nie ma jeszcze strony w Wikipedii po angielsku) planowała zostać poetką, ale na studiach jej profesorka powiedziała, że nie nadaje się do tej roli i powinna raczej zająć się powieścią. Jo Kyung-ran, zgodnie z duchem konfucjanizmu, uszanowała zdanie starszyzny. I chyba dobrze, bo inaczej pewnie nie przeczytałabym jej.

“Smak języka” to faktycznie niezwykle intrygująca opowieść. Historia, niby banalna, opuszczona przez ukochanego kobieta, kucharka, stara się odzyskać ukochanego i zemścić na rywalce, którą na swoje nieszczęście właściwie sama sprowadziła do własnego domu.

Tylko, że daleko tej historii do banalności. Poczucie osamotnienia, emocje rozpisane są na przepisy kulinarne. Samotność to bazylia, chrupiące sałatki to obrazy szczęścia z ukochanym, ciepłe bułeczki i wino to odpoczynek. Bohaterka, wychowanka kulinarna ekskluzywnej włoskiej restauracji za namową ukochanego (architekta), otwiera własną szkołę kucharską w zaprojektowanej przez niego kuchni. Gdy ukochany ją opuszcza, ona zamyka szkołę, wraca do starej pracy u tajemniczego Szefa – milczącego przyjaciela, doradcy, guru kulinarnego. Opisuje swoje emocje, opisuje emocje psa, który również został opuszczony, a w głowie rodzi jej się iście diabelny plan zemsty.

Książka jest momentami wstrząsająca, od wczoraj nie mogę patrzeć na mięso. Nigdy nie jadłam gęsiny i po tej książce na pewno nigdy nie zjem. Sceny z udziałem psa, wyciskają łzy.

Opisy dań wzmagają uczucie głodu. A autorka nawiązuje jeszcze do doskonałej “Fizjologii smaku” Anthelme’a  Brillat-Savarina, serwując smakoszom (tym jedzeniowym i tym czytelniczym) naprawdę nieziemską ucztę.

Ludzie, czytajcie! Ale czujcie się ostrzeżeni, że czasem jest dość okrutnie, że co jakiś czas zrobicie się głodni i że niestety, pewnie w którymś momencie domyślicie się zakończenia.

Wielki ukłon należy się też tłumaczce, Ewie Rynarzewskiej. Naprawdę to fajne, że literatura koreańska jest coraz bardziej widoczna na półkach polskich księgarni.

Kupić można, np TU

A wywiad z autorką przeczytać TU

I jeszcze kawałek książki TU

Czytam, oglądam, słucham, gram, Za pędzlem No Comments »

Skończyłam czytać “W Azji”

Skońcyzłam czytać “Metro 2033” i coś się obawiam, że chyba chcę grę. Nie, nawet nie chyba. Chcę! Mam tylko nadzieję, że mimo akcji w metrze gra nie wymaga jakiegoś strasznego kombinowania z przechodzeniem korytarzy, nie ma zbyt wielu labiryntów, etc. Bo moja umiejętność czytania mapy jest nikła zarówno na żywo, jak i w grach. Cały czas jeszcze jednak na przejście czeka Dragon Age, Mass Efect (1) i jeszcze do zakupienia Silent. Kurcze. Muszę się spiąć, bo chyba potem cieżko będzie znaleźć czas. Choć mże opanuję karmienie z jednoczesnym trzymaniem pada do konsoli?

Uświadomiłam sobie też, że mimo całego wsparcia dla Tomka jeżdżącego motorem, troszkę nerwów mnie to kosztuje. W sobotę była na mieninach o tym dyskusja, ciotka nie mogła uwierzyć, że nie zabroniłam. Jak mam zabraniać, jak wspieram i się cieszę. I podoba mi sie ten Tomka motocykl (choć dla siebie to wolałabym włoszczyznę ;) )Ale jest to jednak też trochę stresujące. Tomek wyzukał mi przyszłościwo butki na motor – na obcasach, po tym, jak po przybierzeniu się do Hondy CB500 uznałam, że jednak mogę mieć problem z dosięgnięciem stopami do ziemi. Chociaż na razie ciężko powiedzieć, póki co nie mogę się dobrze przymierzyć do moto. Dopadła mnie też myśl, kiedy takie dziecko zachce jeździć. I jak bardzo wtedy będę się martwić?

Póki co, wracam do czytania. Przede mną polska edcja “Fantasy&Science Fiction”.

Hanami

Czytam, oglądam, słucham, gram, Za pędzlem No Comments »

Najbardziej dołujący film roku.

Niestety również jeden z piękniejszych filmów roku.

Trochę trwało, zanim obejrzałam to niemieckie dzieło polecane przez większość znajomych, czasem w połączeniu z prośbą o interpretację, lub udzielenie odpowiedzi: “czy Japonia tak wygląda?”. Odpowiadając na to pytanie – nie włóczyłam się za wiele po dzielnicach uciesz, nie byłam w dodatku białym facetem z wypchanym portfelem, ale z tego, co zaobserwowałam to tak właśnie to wygląda. Tak też wyglądają bezdomni, rozmowy na ulicach, pociągi. Jest chaos, hałas, zagubienie. Pokazane to zostało cudownie. Tylko, że w tym momencie filmu ja już wyłam jak bóbr, bo tak strasznie było mi źle z powodu wszystkiego, co działo się wcześniej.

Znajomy, który film nam pożyczył, mówił, że dawno nie widział filmu z tak pozytywnym przesłaniem, że mąż w końcu zrozumiał pasję żony, że naprawdę zrozumiał, poznał, pokochał.

Owszem, to prawda. Ale ten pozytyw był jak dla mnie otoczony taką chmurą negatywności, depresji, smutku, zagubienia, wyobcowania, braku miłości, że nie wytrzymałam.

Nie obejrzę drugi raz. Nie chcę. Ale jednocześnie, jak ktoś spyta, czy warto, powiem, że tak, że trzeba nawet. A potem pójść na gorącą czekoladę z przyjaciółmi.

Koreańska Fala Animacji

Czytam, oglądam, słucham, gram, Za pędzlem 2 Comments »

Etiuda&Anima rusza już dziś. Jutro jeden z pokazów w ramch Koreańskiej Fali Animacji, którą dosponsorowało CTA. Kolejny pokaza – w środę, a w międzyczasie dużo, dużo atrakcji – pokazy, warsztaty, spotkania. Korea na plakacie: plakat-korea Program całości na STRONIE.

Ja jeszcze nie wiem dokładnie na co się wybieram, ale na pewno w środę na 15 na koreańską animację. Może coś w niedzielę.

No i piszę artykuł. Naukowy. Ma być o wierzeniach związanych z grupami krwi. Z przerażeniem odkryłam, że nie ma jeszcze żadnego anglojęzycznego artykułu uniwersyteckiego na ten temat. JSTOR pustkami świeci, Questia to samo. Nie mam bibliografii, a robienie przypisów do “Times”, “Newsweek” etc, to chyba taki sobie pomysł. Kurcze, nie jest to przecież temat tak nowatorski! A może jest? No nic, skupimy się na koreańskim filmidle o chłopaku, co to jest grupą B, a dziewczyna A i co z tego wynika: LINK

Pisarsko

Czytam, oglądam, słucham, gram, Za pędzlem 2 Comments »

W sierpniowej “Fantastyce” znalazła się recenzja książki, którą dostałam od mojego koreańskiego kolegi z pracy. Książka to: Kim Youngha, “Wampir i inne opowiadania”. Przeczytałam. Opowiadania są przeróżne, wszystkie łączy jednek dość specyficzny klimat, którego nie znalazłam w żadnej książce zachodniej. Czytając, miałam podejrzenia, że Kima Youngha będzie się porównywać do… Murakamiego. I tak jest  w “Fantastyce”. I według mnie niesłusznie. Przynajmniej nie dlatego, że “łączy ich podobna tematyka, że często są współbohaterami soich powieści”. Łączy ich ten inny, nieobecny na “Zachodzie” klimat. To nie zbliżony język, nie tematyka. Tylko właśnie co? Recenzent ma jednak przechlapane – już widzę komentarze pod recenzją taką, jak moja: “łączy ich coś nieuchwytnego, jest to nieopisywalne”. Lepszym recenzentem byłby mój tata, któremu “Wampir” zdecydowanie się nie podobał. Stwierdził, że takie bzdury (miał na myśli opowieść z windą), to każdy może napisać. Na tym opowiadaniu jednak najlepiej widać klimat – fabuła azjatycka niekoniecznie musi zmierzać do jakiegoś celu, można zapomnieć o rozwinięciu, punkcie kulminacyjnym i zakończeniu. Fabuła sobie płynie, wznosi, opada. Czasem zdarzenia są sprzeczne, niezrozumiałe, bezsenowne. Nie onie jednek chodzi. Chodzi o klimat, to on jest głównym bohaterem.

Pamiętacie spór “Ring” amerykański i “Ringu” japoński? Japońskiemu zarzucano, że jest niezrozumiały, że nie wiadomo o co chodzi. Amerykański pokazywał dokładnie, czemu dziewczynka zaczęła wychodzić ze studni. Te same zarzuty i dyskusje toczyły się przy “Grudge”. Japońskie horrory skupiły się na klimacie grozy, nastrojach, klimat był ważniejszy od fabuły, od spójnej historii. W wersjach amerykańskich było dokładnie na odwrót.

Wczoraj, ściągnęłam z półeczki książki o prezentacjach, pora w koncu napisać artykuł. Na półeczce tej leżała też, troszkę zapomniana Sei Shounagon. No i otwarłam sobie na chybił trafił i taki mi się opis trafił:

I love white, purple, and black clouds, and rain clouds when they are driven by the wind. It is charming at dawn to see the dark clouds gradually turn white.[…]

It is moving to see a thin wisp of cloud across a very bright moon.

Tłumaczenie – Morris oczywiście. “Makura no soushi” mogłaby być używana przy medytacji. Te opisy są takimi uspokajaczami. Można siedzieć i wyobrażać sobie te płynące chmury.

Mój plan na dziś jest jednak mało medytacyjny – czekają meble do ustawienia w biurze na kampusie. Będzie sięc przesuwanie mebli, ustawianie biurek, rozpakowywanie pudeł książek i innych z kartonów. Doktor (właściwie doktorzy, bo więcej nas będzie) przy pracy.


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.