Meksykańskie ciekawostki 4 i 5

Ale Meksyk No Comments »

Jako wielka fanka serii Silent Hill, muszę napisać o Toluce. Co prawda nie jest to Toluca Lake, ale Toluca stolica stanu Meksyk. Jest to najwyżej położona stolica stanu – 2680 m n.p.m. My tam niestety nie dotarliśmy. Na solidne zwiedzenie Meksyku (mam tu na myśli sam stan) trzeba pewnie z pół roku. Tym bardziej, że ja jestem typem “wolnego zwiedzacza”. Lubię posiedzieć w kawiarenkach, poczuć klimat miejsca, pogapić się na ludzi. Wolę też zobaczyć mniej a intensywnej niż wyruszyć w objazdową wycieczkę w stylu – godzina na piramidach, dwie w centrum i lecimy dalej.
Powtarzam sobie jak mantrę: „następnym razem”. Toluca następnym razem. Koniecznie w piątek, bo wtedy odbywa się tam targ, który jest słynny w całym Meksyku (już nie stanie ;) )
A jak przy miastach na „T” jesteśmy, to następnym razem też Tula – miasto, gdzie zachowały się wielkie posągi wojowników o wysokości ponad 4 metrów.

I nadal na „T” – Tlalnepantla, czyli nazwa dzielnicy, w której mieszkają rodzice Hectora, tłumaczy jako „ziemia pomiędzy”. Pierwszą reakcją Małgi było podobno: „Śródziemie?”. Dokładnie taka była również nasza reakcja. Czyli, jak ktoś szuka Śródziemia, powinien wybrać się do Meksyku, a nie do Nowej Zelandii. ;)
Mieszkanie. Domy nie przypominają mi do końca domów. Bardziej takie domki letniskowe z wejściem od razu do salonu. Wygodne, czyściutkie, zadbane, ale bardzo małe. Rzadkością, poza centrum, są wieżowce, czy choćby niskie bloki. Zabudowa zresztą jest generalnie chaotyczna. Faktycznie – ładne to miasto nie jest. Jest inne zupełnie niż to, co widujemy w Polsce. Nie ma chyba nawet czegoś takiego, jak „sypialnie miejskie”, nie ma blokowisk. Jest chaos.
Podobno niskie domki buduje się z powodu trzęsień ziemi.

Słońce w Meksyku to nie słońce z Europy. Włochy i Grecja mogą się schować. Tutaj słońce pali. Odczuliśmy to już w Teotihuacan, gdzie spiekło nas mimo pochmurnej pogody. Tak, jak tam postanowiliśmy, pobiegliśmy jeszcze przed wyjazdem do Ixtapy zakupić krem z filtrem nr 30. I jak się później okazało, nie była to przesada. Myślę, że można się tutaj opalić mimo stosowania 60. Nie wychodziliśmy za wiele na słońce, byliśmy ostrożni, dużo leżeliśmy w cieniu a i tak jesteśmy lekko podpieczeni.
Na takie słońce nie byłam przygotowana.
Słońcu towarzyszy wilgoć – woda skrapla się w nocy na szybach, które były schłodzone dzięki klimatyzacji. Sama wilgoci jakoś bardzo nie odczuwam, ale wierzę Tomkowi.

Na pocieszenie od upałów jest piwo. I uwaga – piwo Pacifico naprawdę istnieje! Dla niewtajemniczonych – jest to piwo, które lubił pić Blondyn Davila z „Królowej Południa”. Piłam, smaczne jest. Choć wolę chyba delikatniejsze Sol. Ale pić piwo, które „występuje” w ulubionej książce! Ojojojojo! Musiałam spróbować. :)

Pacifico

Znaleźliśmy też w księgarni „La Reina del Sur” no i głupki jesteśmy – kupiliśmy. I szukaliśmy fragmentu „siedemdziesiąt kulek siedem milimetrów”. I jest. I w sumie nawet coś tam rozumiem. Hiszpański jest wspaniałym językiem :) Podejrzanie jednak zrozumiały. Mówić oczywiście nie mówię nic, ale rozumiem co ludzie mówią. Też nie wszystko, żeby nie było.
„Setana plomos de a siete … Mataron al jefe Ordóñez a las seis de la mañana. Que fueron muchos balzos pa’ una hora tan temprana.”

No właśnie. Cały czas się zastanawiam jak to z tą przestępczością meksykańską. Przewodnik ostrzega co kilka stron.
Fakt faktem różnimy się wyglądem. Ludzie się gapią. Ale też fakt, że nie mieszkamy w żadnej dziczy, ale w wakacyjnym kurorcie. Tutaj groźni są naganiacze. ;) Meksyk pod tym względem jest straszny. Każdy chce coś sprzedać, wcisnąć, namówić na zjedzenie. Przez to wypracowaliśmy drogę do restauracji, która omija większość naganiaczy. Kombinujemy jak i gdzie skręcić i wymykamy się. Istny tor przeszkód.

Wakacje wybieraliśmy w firmie Liberacion, jakby ktoś chciał pojechać. To jedna z tańszych firm.

Meksyk, dzień szósty 12 lipca

Ale Meksyk No Comments »

Tytuł wpisu powinien właściwie brzmieć: “Meksykańskie wesele. Podobieństwa i różnice” ;)

W sumie podobne do polskiego. Msza ślubna, a w tym przypadku – dziękczynna też podobna. Na „Ojcze nasz” trzyma się za ręce. Komunia w trakcie specjalnych okazji jest pod dwiema postaciami. Młoda Para wchodzi do kościoła prowadzona przez księdza, a nimi wchodzą rodzice.
Po kościele są życzenia. Życzenia są też później, w sumie – jak kto chce. Kompletny chaos, brak zorganizowania i wolność.
A wesele, czy też przyjęcie zaczyna pierwszy taniec Małgi i Hectora.

Potem oczywiście dołączyli rodzice i ja z Tomkiem, jako rodzicowe zastępstwo. Po tańcu było puszczenie w górę białych baloników. Miłe i ładne. Ale podejrzewam, że to tradycja bardziej filmowa niż meksykańska.
Później obiad. Najpierw zupa pozole, potem bufet z różnościami meksykańskimi. Moim odkryciem jest flor de calabaza – kwiatki dyni na pikantnie. Mniam!
Jedzenie trwa i trwa, orkiestra przygrywa, ale nikt nie tańczy. Zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się, że czekamy na Państwa Młodych. Czyli na drugi pierwszy taniec.
I jak już tańce się zaczęły, to się nie skończyły. Deser – meksykańskie słodycze i kawa został po prostu podany, a orkiestra grała i grała…

W odróżnieniu od polskiego wesela nie ma tyle jedzenia. Aaaaa! Zapomniałabym. Jest wata cukrowa! Była różowa i niebieska, ale mają też inne kolory. Watę odkryliśmy już w parku Chapultepec. Oczywiście na samym odkryciu się nie skończyło, trzeba było jeszcze zjeść. Mniam. Troszkę ma inny smak, bardziej taki karmelowy. Cukier tutaj jednak jest robiony z trzciny cukrowej, więc też smak nieco inny. Wata niebieska farbuje język. ;) I jest pakowana w worki po zrobieniu. Tzn. na patyku w worku. Nie wiem, jak się dzieje, że się nie skleja. Magia waty cukrowej.
Wracając do wesela.
Stwierdziłyśmy z Małgą, że ludzie w Meksyku są chyba bardziej bezproblemowi. Usiłowałyśmy sobie wyobrazić w Polsce bufet i zamiast ciast – koszyczek z kilkoma słodyczami. Byłoby marudzenie. Ale też inna tradycja. No i nie nosi się rajstop. :P
A na koniec wesela przyszli mariachi….
Ubrani zgodnie z życzeniem. Pytali się wcześniej o kolor sali, o ulubiony kolor Małgi, żeby się wpasować. Miło, prawda?

No więc przyszli mariachi i zaczęli grać. Najpierw przed głównym stołem, potem oczywiście zażądali zatańczenia od Młodej Pary, a potem były różne dziwne zabawy przy muzyce tradycyjnej. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale było zabawnie. Zabawy z mariachi dały szansę orkiestrze niepostrzeżenie się zwinąć.
A potem już naprawdę był koniec.

Zdjęcia weselne: TUTAJ

A tak przy okazji mariachi, przypomniał mi się całkiem stary film Roberto Rodrigueza z Banderasem i cudną Salmą Hayek. Pamiętacie Desperado?

Taka muzyka była:

A jak przy Rodriguezie, to może od razu do Tarantino i Kill Billa 2, bo dzięki niemu poznałam piosenki Chingon, a konkretniej – Malaguena Salerosa:

No to miłego tygodnia!  :)

Meksyk, dzień piąty 11 lipca

Ale Meksyk No Comments »


11 lipca to Światowy Dzień Ludności oraz dzień niepodległości Mongolii. ;) dla mnie to dzień, kiedy zobaczyłam pierwszy raz piramidy na żywo. Teotihuacan. Czyli miejsce bogów. Słowo to tłumaczy się jako: “miejsce, gdzie ludzie stają się bogami”. Miasto, zostało założone przed naszą erą. Opuszczone około 650 roku n.e. Puste i zniszczone miasto zastali Aztekowie. Uznali, że zbudowane zostało przez bogów, gigantów. Nie wiadomo dokładnie, kto zbudował Teotihuacan . Zniszczenie przypisuje się samym mieszkańcom, ale właściwie nic pewne nie jest. Poza tym, że zbudowali oni gigantyczne miasto, pełne pałaców nie wiadomo, jak żyli, czym się zajmowali, jak umarli i czemu opuścili miasto. Jedne wielka zagadka. Wszystko, co o Teotihuacan wiadomo, wiadomo dzięki Aztekom.

Dla nich musiało to być zapewne miasto gigantów, jak weźmie się pod uwagę wysokość stopni na piramidach. Lud meksykański nie cechuje się dużym wzrostem. Schody są wysokie. Są też wąskie, więc osobom z małą stopą jest wygodniej się wspinać.
Ja, o dziwo nadal cudnie znoszę klimat i radośnie wbiegałam na piramidy. No dobrze – odpoczywałam w drodze na piramidę słońca. Jednak troszkę się zdyszałam na schodach. Bardziej przerażające dla mnie było schodzenie….

Wspominam o tym, bo zespół Teotihuacan wznosi się na wysokości 2300 m npm. Mimo pochmurnego dnia i kremu z filtrem 15 spaliliśmy się bardzo mocno. Na wakacje nad Pacyfikiem trzeba zakupić mocniejszy krem.
O mieszkańcach Teotihuacan, jak wspomniałam nie wiadomo właściwie nic. Wszelkie nazwy to już nazwy azteckie. Nie wiadomo jaką rolę naprawdę odgrywała Droga Zmarłych, ani jakie dokładnie przeznaczenie miały piramidy. Uczeni oczywiście doszukują się podobieństw między Piramidą Słońca a Piramidą Cheopsa – zbliżona jest wielkość ich podstawy, jednak Piramida Słońca jest niższa. Wiadomo, że Aztekom służyły jako świątynie, a ofiary, którym najpierw wyrwano serca zrzucano ze stopni piramidy, na dole odcinano im ręce i nogi, które były zjadane – korpus trafiał do klatek drapieżników.

W kompleksie Teotihuacan oprócz Piramidy Słońca należy też wspiąć się na niższą Piramidę Księżyca. Na pierwszy rzut oka wydają się one równe – Piramida Księżyca położona jest na wzgórzu. Grzechem byłby nie wybrać się na Cytadelę, gdzie można zobaczyć odkrytą w 1962 roku Piramidę/Pałac Quetzalpapalotla.

Nie wiem dokładnie czym są pozostałe piramidy w Teotihuacan. Część to domu mieszkalne. Struktura ich jest zresztą podobna do Pompei. Warto się powspinać i pooglądać. A widoki z Piramid Słońca i Księżyca naprawdę zapierają dech.
Na zakończenie takiego dnia trzeba się pożywić. Np. w restauracji specjalizującej się w pozole (zupie z kukurydzy i kurczaka), która podaje też zestawy dla dwóch osób złożone z dużej ilości tortilli i czterech rodzajów mięs i przypraw. Chicharron jest daniem, którego nie lubię. To wieprzowa skóra ususzona – w formie chrupek nawet smaczna, w sosie – błeeeee. Przynajmniej jest jakieś danie, którego nie lubię. W sumie nawet to zdrowo nie lubić czegoś takiego.

A do picia lemoniada – z kulką sorbetu. Cudo:

Na piramidach byłam zresztą bliska złożenia modłów do bogów azteckich, że akurat nie dotarliśmy tam w sezonie rozrodczym mrówek. Mrówek tam jest mnóstwo, takich dużych, czerwonych. Jajeczka tych mrówek są ponoć bardzo smaczne. wolałabym nie sprawdzać.

Zdjecia Teotihuacan –TUTAJ.

Meksykańskie ciekawostki 3

Ale Meksyk No Comments »

W dzisiejszym odcinku ciekawostki trzy.

Pierwsza.

Powinnam już wcześniej o tym napisać, bo to zjawisko, którego w Europie się nie spotyka. Może jednek już tak szybko wtopiłam się w klimat Meksyku, że zaczęłam zjawisko traktować normalnie. Mowa o ulicznych sprzedawcach. Nie mam tu na myśli straganów, czy koców rozłożonych na chodniku, bo tacy też są. Uliczny – od ulicy, wliczając w to drogi szybkiego ruchu. Na światłach, skrzyżowaniach bez świateł i w korkach (czyli prawie cały czas) na ulice wylegają sprzedawcy. Niosą kosze lub tace, lub po prostu kartony z gumami do żucia, napojami, przekąskami. Część z nich trzyma po prostu kilka opakowań w ręce. Ta część sprzedawanych dóbr jest jeszcze zrozumiała, choć i tak zastanawiam się ile osób ginie na drogach. W sumie jednak samochody szybko nie jeżdżą, może kończy się jedynie na połamaniach? U sprzedawców można kupić też rzeczy zaskakujące – maski np. batmana, całe stroje karnawałowe, garnki, sprzęt kuchenny. Większość sprzedawców wieczorem przekwalifikowuje się na sprzedawców kwiatów. Jakby ktoś miał ochotę się oświadczyć w korku, może nawet kwiatka kupić. Na ulicy pracują też oczywiście czyściciele szyb, sprzedawcy gazet, pojawiają się też zwykli żebracy. Nie spotkałam za to rozdawaczy ulotek.

Popularny jest też zawód pucybuta. Co ciekawe, w Europie chyba uważany jest za zawód uwłaczający godności. Bliski wykorzystywaniu ludzi. W Meksyku, to całkiem normalne, że czyści się buty u pucybutów, nie samemu. Ha:

I na koniec ciekawostka niezwykle ważna dla turystów. Ceny w muzeach są regulowane odgórnie. W każdym muzeum cena jest taka sama, aktualnie wynosi 48 pesos. Nie wiem, czy jest to sprawiedliwe, jak porówna się duże muzea i malutkie, ale za to łatwo przewidzieć budżet. Niedziela jest dniem darmowym. W przewodniku jest napisane, że również ceny hoteli są regulowane. No proszę.
Jak zwiedzać, to tylko w niedziele. Niestety trudno zrealizować taki plan, jak się nie ma do dyspozycji nieskończonej ilości czasu. My w planach na niedzielę mamy Templo Mayor i Muzeum Diego Riviery.

Meksyk, dzień czwarty 10 lipca

Ale Meksyk 2 Comments »

Tomek padł. Dopadło go zmęczenie, aklimatyzacja, wysokość – miasto leży na wysokości około 2300 metrów, dookoła są góry, w tym wulkany – Iztaccíhuatl, czyli Biała Kobieta oraz Popocatépetl, czyli Dymiąca Góra. Obydwa około 5500-5600 m n.p.m. Otoczenie przez góry nie wpływa pozytywnie na smog w mieście.

Niby pamiętam z geografii, że Meksyk to dużo gór, ale jednak, jak widzi się to dużo gór na żywo, to wygląda jeszcze bardziej górzyście. Poranki i wieczory są więc dość chłodne, nawet latem.
Okazało się, że mnie wysokość nie jest straszna. Przede wszystkim jednak pogoda zmienia się na lepsze, a jak wiadomo mnie słońce zachęca do działania, więc działam.

Przyjechała Marieke – Holenderka mieszkająca w Niemczech, więc i ja i ona i rodzice Hectora wybraliśmy się do Centrum, czyli do tego, co kiedyś nazywało się Tenochtitlan i było miastem na jeziorze Texcoco. (Małga i Hector załatwiają rzeczy przedweselne.) Jezioro zaczęto zasypywać już w czasach Corteza. W końcu zostało zabudowane. Jednak ziemia jest tam cały czas bagienna i miasto im się zapada. Widać to w niektórych kościołach, w tym w słynnej wielkiej Catedral Metropolitana, gdzie jest nawet zainstalowane specjalne wahadło, pokazujące odchylenia katedry. Troszkę to przeraża – jest ono w ruchu!

Po wizycie w Katedrze, udaliśmy się w kierunku przystanku Turibusu, który przewiózł nas przez niemal cały Meksyk. Miasto rzecz jasna.Turibus to najlepszy sposób na zwiedzanie. Odległości pomiędzy zabytkami są dość znaczne. Po centrum można poruszać się też metrem – śmiesznie tanim. Turibus jednak nie tylko zawiezie pod dany zabytek, ale też w trasie można posłuchać wielu ciekawostek. Wycieczka objazdowa trwa dobrze ponad trzy godziny, może nawet 3,5, warto zabrać coś do jedzenia ;) Z turibusu można też wysiadać, zwiedzać i wsiadać w kolejny. Potrzeba jednak wtedy co najmniej dwóch, trzech dni. Turibusy jeżdżą co około pół godziny. Zabytki są spore – muzeum antropologiczne zwiedza się około 7 godzin. Opisywać nie bardzo jest co, bo choć zobaczyłam wszystko, to tak naprawdę teraz, porządkując zdjęcia, doczytuję, co ja właściwie oglądałam. ;) Tak więc odsyłam do galerii.
A na koniec dnia – margarita. Dobra margarita nie jest zła. Choć nie do końca czuję różnicę między margaritą a palomitą. Oba to drinki z tequilą. Palomita lub paloma, była hitem na polskim weselu Małgi i Hectora. Składa się z tequli, sody – limonkowa gazowana Hellena, ćwiartki limonki, odrobiny soli i lodu. Limonke trzeba wycisnąć i wraz ze skórką wrzucić do drinka. Pychotka.


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.