Środa, środek dnia, musiałam wybrać się po jedzenie. Mam osiedlowego Carrfoura, pieszczotliwie zwanego C.Fujem. Poszłam, a tam tłumy. Dzikie. Wielka kolejka do ważenia warzyw, dzikie tłumy przy kasach, ludzie z koszami wypchanymi margarynami, serami, cukrami. Już zwątpiłam, czy coś nie pomyliłam ze Świętami…
Marudzę potem Tomowi:
- I wiesz, boję się co będzie w weekend, skoro teraz tak było. Ludzie już robią zapasy świąteczne. Hmmm… może też powinnam zacząć, żeby spokojnie drożdże kupić, ser
- Możemy podjechać - mówi Tomek. Po chwili ciszy dodaje - KImchi! Kimchi musimy na Święta zakisić przecież!
Racja, co to za Wielkanoc bez kimchi.



April 1st, 2010 at 8:20 am
Każdy ma takie kimchi, na jakie sobie zasłużył. Hmm - chyba zbyt filozoficznie wyszło. Mnie czeka przygotowanie pisanek (o jajka na szczęście w Szanghaju nietrudno) i żurku (o, to już będzie większe wyzwanie) :-)
April 1st, 2010 at 8:49 am
Mmmmm, przypomniało mi to poprawinowy żurek u Ciebie i Heleny. Z tego względu po raz pierwszy kupiłam zakwas opisany jako “żurek śląski”, zobczymy. W razie czego, będzie trzeba potrenować własnoręczne kiszenie.
A kimchi są dwa - “tradycyjne” kapuściane i skusiłam sie na zrobienie marchewkowego. Ciekawe jest - nie tak mocno ostre, chrupiące. I dominuje zapachowo w całej lodówce, niestety.