Wróćmy do Kanady

Jianada Add comments

Już jakoś się uporządkowaliśmy po powrocie z nadmiarem wrażeń, pora chyba wrócić do notetek kanadyjskich. Cały czas żyjemy w zachwycie nad Toronto i chyba jeszcze troszkę ten nasz zachwyt potrwa. W końcu chyba żadne miasto nie zmusiło nas do chodzenie po 8 godzin dziennie non stop. A jak już zeszliśmy całe miasto i wypożyczyliśmy autko, to pojechaliśmy w świat. Zobaczyć Niagarę i zwiedzić okolice. W okolicy jest sobie skansen, wioska pionierów – Black Creek Pioneer Village. Wioska jest żywa! W każdym domku rezyduje przewodnik, ubrany w stylu z epoki, który opowiada o pierwszej rodzinie załozycieli, o rozwoju wioski, o ich codziennych zajęciach, problemach. Można popatrzeć jak tka się dywany – co nas absolutnie zafascynowało. Samo tkanie to pikuś, ale przygotowanie krosen, żeby wzorki wychodziły takie jak się chce, to już bardzo wysoki poziom zaawansowania. Można też zwiedzić plebanię, dowiedzieć się, jak żył pastor z rodziną i co się działo z rodziną, jak pastor zmarł. Plebanię bardzo miło wspominam, bo częstowała tam pani ciasteczkami ;) Oprócz ludzi, Blac Creek zamieszkują wszelkie gospodarskie zwierzaki, a w ogródkach uprawia się zioła. Snaksen ma ogromną ilość programów dla szkół. Dzieciaki mogę pooglądać życie gospodarskie, mogą mieć lekcje historii, rzemiosła, etc, etc. To nastawienie skansenu na interakcję ze zwiedzajacymi, to naprawdę świetny pomysł. Zresztą, to nie tylko skansen. Zwiedzaliśmy również Muzeum Nauki. Muzeum, gdzie można było wszystkiego dotknąć, pomacać, pobawić się. Muzeum, w który odbywały się różne prelekcje na temat fizyki, biologii, etc, etc. Były też warsztaty robienia papieru, w których wzięłam udział i zrobiłam sobie własną karteczkę. Każde muzeum w Toronto ma karnety rodzinne, zazwyczaj w ich ramach ma się nielimitowane wejścia na wystawy plus zniżki na różne wydarzenia, wystawy specjalne. Muzeum Nauki oczywiście też jest nastawione na dzieci, na szkoły. Można mieć lekcję fizyki na żywo. Naprawdę zazdroszczę kanadyjskim dzieciakom. Uważam, że rodzice też mają fajnie. w deszczową pogodę pakuje się dziecko do auta i jedzie pobawić w jakimś muzeum. Przyjemne z pożytecznym.

Nie pojmę chyba nigdy, dlaczego nasze muzea nie mogą tak funkcjonować. Karnety to jakiś zastrzyk gotówki przecież! Potem trzeba zorganizować by jeszcze kilka pokazów, zachęcić ludzi do bycia w muzeum. Do odwiedzania, do współuczestniczenia w wydarzeniach. Do muzeów kanadyjskich chce się wracać. Mimo, że nie odwiedziliśmy ich aż tak wiele. Acha, muzea oczywiście rozumieją, że człowiek głodnieje, więc każde z nich ma retaurację. Restauracja w Galerii Sztuki jest zaś atrakcją samą w sobie. Podobno, bo do Galerii jakoś nas nie ciągnęło. Muzeum butów było fajne. Choć widok chińskich trzewiczków przeraża. Przeraża, jak się ma bujną wyobraźnię i usiłuje sobie wyobrazić, jak bardzo trzeba było potrzaskać kobiecie stopę, żeby mieściła się w coś niewiele większego niż bucik niemowlaka… W muzeum butów można było znaleźć – przepisy na plecionki. Plecionkami takimi indianie ozdabiali swoje mokasyny. W muzeum był przepis, jak wykorzystać plecionkę do zrobienia zakładki. Prawda, że miło?

A na zdjęciu powyżej Niagara. Ojojojo, robi to wrażenie! Duże, szumi i deszczy… Trzeba się schronić pod parasolem! Zrezygnowaliśmy z wpłynięcia stateczkiem pod wodospad, bo uznaliśmy, że wystarczająco mokro jest już jak się stoi na drodze. A płacić za prysznic w ubraniu. Nie, dziękujemy. Pogoda na szczęście nie była bardzo zła. To znaczy, jak dojechaliśmy było chłodno, ale potem coraz bardziej się ocieplało i spacer po miasteczku był całkiem przyjemny. A potem pojechaliśmy śladami winnic. Wina w Kanadzie podobno są całkiem przyjemne. Kanadyjczycy są też dumni ze swojego “mrożonego wina”. Zbiera się winogrona po pierwszych przymrozkach. Wino to jest drogie, bo niestety część winogron gnije zanim w końcu zmarznie, tak więc koszty produkcji są wyższe niż innych win. W Kanadzie mówili, ze takie wino produkuje się tylko u nich i w Niemczech, ale wracając znaleźliśmy też czeskie wino mrożone na lotnisku. Buteleczka wina została zakupiona, jednak teraz musi sobie poczekać. Nie wolno mi pić alkoholu, Tomek nie chce sam otwierać. Nie opiszę więc smaku wina. Za to piwo kanadyjskie jest całkiem niezłe. Smakuje jak piwo. I jest podawane ze szklanką. Wiem, dla nas to może nic niezwykłego, ale Tomek powiedział, że w Stanach dostaje się piwo w butelce po prostu. No, napój piwopodobny. ;) Fajne to Toronto, oj fajne…



Leave a Reply


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.