Jak ktoś nie widział jeszcze i ma zamiar - nie czytać. Bo zdradzam zakończenie.
Uwielbiam Tarantino. Troszkę rozczarował mnie artykuł w DF. Było co prawda o przyjaźni QT z Takeshi Miike i jego pracy w wypożyczalni, ale jakoś nie zaplątało się tam nic o fascynacji QT filmami z Hong Kongu, Chin (na temat Triad, bandytów, policjantów i złodziei) oraz japońskich filmów o yakuza. Było o “Wściekłych psach”, ale nic o “Mieście w ogniu“, które jest pierwowzorem opowieści. Ale nie o tym miało być. Dlaczego QT jest geniuszem? Zrobił film, w którym ani jedna scena nie jest zbędna! Gdzie napięcie budowane jest od pierwszej sceny, kóra zresztą jest świetna. Film, który jest ilustrowany doskonale dobraną muzyką (jak zwykle! I tak, to jest komplement). Krew się leje, jest momentami brutalnie, jest momentami zabawnie i jest poważnie. Ale trzeba się nazywać Tarantino, żeby móc wogóle porwać się na taki pomysł i nie przejmować się II-wojennym tabu. I pokazać w filmie zakończony sukcesem zamach na Hitlera! I nie tylko. Ciekawe czy czekają nas teraz komedie wojenne, w których Hitler ginie?
Mam ochotę jeszcze raz pójść do kina i jeszcze obejrzeć sobie “Jackie Brown”. Po raz kolejny. I oczywiście “Wściekłe psy”. Ostatnio odświeżyłam sobie “Miasto w ogniu” i też mam wielką ochotę na azjatycką filmografię. I na Kitano (wczesnego). Może jakoś przeżyję koniec 2 sezonu “True Blood” ;)
Wygrywam te naście milionów w Totka. Kupuję mieskzanie w Krakowie, na tyle duże, żeby wmieścić tam biblioteczkę i domek w górach. Może jakieś mieszkanie na wynajem, coby się potem utrzymywać, albo wpłacam odpowiednią ilość na lokatę. Z resztą pieniędzy ruszamy z Tomkiem w świat - zaczynając od Japonii z intensywnym kursem japońskiego. Potem Azja, Nowa Zelandia, wielka podróż po Stanach.
Ponieważ i tak nie da się wydać na to tych nastu milionów całą resztę wpłacam na konta rodziny i znajomych.
I nawet z tymi milionami dom i mieszkanie urządzam meblami z Ikea, bo je uwielbiam!
No i może zakupie sobie autko Toyote RAV.
A jak już wrócę będe pracować na umowę o dzieło na różnych uczelniach prowadząc wyłącznie zajęcia na których się znam i będą to najlepsze zajęcia z możliwych. ;) I będę pisać książki opisujące to całe zwiedzanie świata.
Prawda, że ten plan brzmi bardzo logicznie i sensownie? Nie wiem tylko jak przeskoczyć początkowy czynnik losowy…
Żal mi trochę, że już nie jest upalnie. Chyba powoli trzeba będzie pożegnać lato. Na razie mój nastrój jest tak dobry, że zamiast już zacząć tęsknić za temperaturą 30 stopni - marzy mi się słoneczna, złota jesień i szuranie butami w górach liści. I chyba sobie poszuram przy najbliższej okazji ;)
W sierpniowej “Fantastyce” znalazła się recenzja książki, którą dostałam od mojego koreańskiego kolegi z pracy. Książka to: Kim Youngha, “Wampir i inne opowiadania”. Przeczytałam. Opowiadania są przeróżne, wszystkie łączy jednek dość specyficzny klimat, którego nie znalazłam w żadnej książce zachodniej. Czytając, miałam podejrzenia, że Kima Youngha będzie się porównywać do… Murakamiego. I tak jest w “Fantastyce”. I według mnie niesłusznie. Przynajmniej nie dlatego, że “łączy ich podobna tematyka, że często są współbohaterami soich powieści”. Łączy ich ten inny, nieobecny na “Zachodzie” klimat. To nie zbliżony język, nie tematyka. Tylko właśnie co? Recenzent ma jednak przechlapane - już widzę komentarze pod recenzją taką, jak moja: “łączy ich coś nieuchwytnego, jest to nieopisywalne”. Lepszym recenzentem byłby mój tata, któremu “Wampir” zdecydowanie się nie podobał. Stwierdził, że takie bzdury (miał na myśli opowieść z windą), to każdy może napisać. Na tym opowiadaniu jednak najlepiej widać klimat - fabuła azjatycka niekoniecznie musi zmierzać do jakiegoś celu, można zapomnieć o rozwinięciu, punkcie kulminacyjnym i zakończeniu. Fabuła sobie płynie, wznosi, opada. Czasem zdarzenia są sprzeczne, niezrozumiałe, bezsenowne. Nie onie jednek chodzi. Chodzi o klimat, to on jest głównym bohaterem.
Pamiętacie spór “Ring” amerykański i “Ringu” japoński? Japońskiemu zarzucano, że jest niezrozumiały, że nie wiadomo o co chodzi. Amerykański pokazywał dokładnie, czemu dziewczynka zaczęła wychodzić ze studni. Te same zarzuty i dyskusje toczyły się przy “Grudge”. Japońskie horrory skupiły się na klimacie grozy, nastrojach, klimat był ważniejszy od fabuły, od spójnej historii. W wersjach amerykańskich było dokładnie na odwrót.
Wczoraj, ściągnęłam z półeczki książki o prezentacjach, pora w koncu napisać artykuł. Na półeczce tej leżała też, troszkę zapomniana Sei Shounagon. No i otwarłam sobie na chybił trafił i taki mi się opis trafił:
I love white, purple, and black clouds, and rain clouds when they are driven by the wind. It is charming at dawn to see the dark clouds gradually turn white.[...]
It is moving to see a thin wisp of cloud across a very bright moon.
Tłumaczenie - Morris oczywiście. “Makura no soushi” mogłaby być używana przy medytacji. Te opisy są takimi uspokajaczami. Można siedzieć i wyobrażać sobie te płynące chmury.
Mój plan na dziś jest jednak mało medytacyjny - czekają meble do ustawienia w biurze na kampusie. Będzie sięc przesuwanie mebli, ustawianie biurek, rozpakowywanie pudeł książek i innych z kartonów. Doktor (właściwie doktorzy, bo więcej nas będzie) przy pracy.
Wczoraj była. Rocznica ślubu. Jesteśmy 7 lat małżeństwem, parą nawet dłużej. Ojojo. Ponieważ w ramach świętowania byliśmy sobie w Łodzi w przemiłym hoteliku Focus (no i na konwencie oczywiście), wczoraj więc “oraniczyliśmy się do kolacji przy świecach. A na kolację było mapo doufu (przepis TU, wraz z kilkoma innymi). I uśmialiśmy się niezmiernie, bo danie to w Chinach jest daniem mało wyszukanym, czymś co się je na ulicy. Dla nas jednak rarytas. Bo nie zawsze da się dobre tofu kupić ;) Tak więc poświętowaliśmy chińszczyzną w połączeniu z włoskim winem i tortem firmy, której PRowcy powinni zawisnąć na drzewach za tą chwytliwą i krótką nazwę: Conditorei Coppenrath & Wiese. Szczerze mówiąc, było to moje pierwsze spotkanie z ich wyrobami. I przyznam, że udane. Przynajmniej jeśli chodzi o smak Orange-Chardonnay.
No i tak jedzeniowo znów powspominałam Meksyk. To, że tam jada się obiad na śniadanie chyba rok temu pisałam. Dla porządku - na obiad jada się mniejszy obiad, a na kolację zupę. Ponieważ nie wszyscy mają czas na gotowanie rano, często śniadania je się poza domem. I często raczej około 10-11. Podejrzewam, że część osób pije kawę, idzie do pracy, potem ucieka na śniadanie i wraca. Gotuje się jednak na pewno na niedzielę.
W Meridzie (Jukatan) odwiedzialiśmy rodzinę taty Hectora. Zostaliśmy zaproszeni na śniadanie. Śniadanie zaczęło się od owoców. Po nich podano pieczeń. Pieczeń rozpływała się w ustach, bo jak się okazało piecze się ją od sobotniego wieczora. Pieczeń nazywa się cochinita pibil i jest tradycyjnym jukatańskim daniem. Serwuje się z tortillą z mąki kukurydzianej i sałatką ze słodkiej cebuli. Popijać można napojem ryżowym. Przepis na to cudo, prawie identyczny z moją książką kucharską TU. Niestety nie ma u nas liści kukurydzy do zawinięcia, ale podobno w folii aluminiowej też można. Długie pieczenie sprawia, że mięso można porwać na włókna i zawinąć w tortillę i zjeść z apetytem. Dania tego pewnie sama nie zrobię. Niby piecze się samo, ale i tak trzeba pilnować.
Nie przekonuje mnie nawet posiadanie mąki kukurydzianej do tortilli. Tak, szmuglowałam mąkę. Bałam się przez moment, że jednak zostanę poproszona o wyjaśnienie, co robi kilogram proszku w mojej walizce. W końcu, kto wozi przez ocean mąkę… Przemyt na szczęście się udał i w końcu mogę zjeść w domu kukurydziane tortille, które są według mnie o wiele lepsze niż pszenne. Mąkę co prawda da się w Polsce kupić, ale z takim przebiciem ceny, że postanowiłam odpuścić.
Recent Comments