Jianada 2

Jianada Add comments

Trudno jest robić tu zdjęcia. Toronto ma sporo ślicznych starych domów, tylko zasłonięte są one drzewami, albo zakryte jakimiś konstrukcjami, wieżowcami. Mam strasznie mało zdjęć. A te, które mam nie są najlepsze.

Chyba będzie trzeba to miasto jakoś opisać…

Co tutaj zaskakuje najbardziej? Cudowna wielokulturowość. Idąc ulicą można usłyszeć mnóstwo języków. Chiński – częściej w odmianie kantońskiej, ale dziś na lunchu “podsłuchiwaliśmy” nawijające po mandaryńsku dziewczyny i starszą parę. Po chwili do lunchowni (koreańskiej) przyszło dwóch robotników, rozmawiajacych ze sobą po portugalsku. Jest dużo chińskiego, jest dużo koreańskiego, słychać japoński, słychać wszelkie odmiany z Indii – też ichniejszy angielski, którym się posługuję między sobą, bo nie rozumieją swoich dialektów, ale też nie są zrozumiali przez nikogo innego. Słychać hiszpański, tajski (cudowna tajska restauracja z nejlepszą i najdziwniej przyprawioną zupą jaką kiedykolwiek jadłam!), wietnamski.

Dzięki nam (ale nie tylko) słychać polski. Polski w Toronto to 7 najpopularniejszy język, w gazetach są ogłoszenia po polsku. A dziś poszliśmy zobaczyć polską dzielnicę. Troszkę się uśmialiśmy, bo daleko ona jest od Downtown, co sugerowałoby, że Polsce do centrum to daleko, że prowincja to straszna. Prowincja jednak całkiem ładna, duże domy, spokój cisza. I sklepy opisane po polsku. I pyszne, pyszne pączki (może nie lepsze od “Michalskiego”, ale lepsze niż wiekszość. Mnie najbardziej urzekły powidła w owych pączkach. Ciemne, gęste, pyszne! Można tu kupiś prawdziwy chleb, sery, kiełbasy, sok Tymbarku.

Wcześniej byliśmy jednak na spacerze, czy może nawet Spacerze – High Park – ścieżka dzika, leśna, bagnista i cywilizowana – z placem zabaw, stadionem (grają tu w piłkę nożną, nie jakiś dziwny football – swojsko, prawda?), małym zoo. Potem dzielnica polska, koreańska na lunch (który też okazał się obiadem, bo bibimbap był wielkości słusznej, a podany w towarzystwie małych dań i zupki). W koreańskiej jedzeniowni jada się oczywiście koreańskimi metalowymi pałeczkami i łyżką. Chwała, że umiemy się pałeczkami posługiwać, chwała, że mamy też w kolekcji (dzięki Dziewczynko) pałeczki koreańskie :) Portugalscy robotnicy też problemów z pałeczkami nie mieli.

Generalnie nasze zwiedzanie polega na wielkim włóczeniu się. Jakoś nie mamy przekonania do galerii, żadne z nas na sztuce się nie zna i na razie wielką galerię sztuki obchodzimy dookoła. Zwiedziliśmy jedynie muzeum butów Baty. Chyba wybierzemy się do muzeum nauki i mnie troszkę kusi Ontario Museum. Powłóczyliśmy się po antykwatiatach, po sklepach z chińskimi ziołami, po księgarniach, wstępnie rozeznałam się też w ubrankach ;) Przed nami polecana ulica outletów.

Odwiedziliśmy oczywiście sklep Apple. Nawet umówiliśmy mojego Maczka na “wizytę lekarską”. Po najnowszym update, zrobionym w Pl, ale zainstalowanym tutaj przestało mi się otwierać Safari. Porady z for różnych nie zadziałały, więc poszliśmy do sklepu. Tomek się śmiał potem, że powinnam złozyć tam swoje CV, bo pan zrobił to, co było moją pierwszą myślą – odinstalował i zainstalował Safari raz jeszcze (zachowując ściągnięte dodatki, historię, etc). Szlag mnie trafia tylko, że nie ma u nas sklepów Appla no i że iTunes Store nie działa. Bez sensu, że nie mogę kupować muzyki, o której wiem, że jej w Polsce nie znajdę. :/

Wczorajszy dzień zakończyliśmy troszkę wcześniej, bo na 17:30 byliśmy umówieni z Leigh i Erin (obie znajome Tomka z IBM – L. z jego pobytu w Toronto, e. z Krakowa). Było rewelacyjnie. Owiedziliśmy pub z organicznym piwem, potem tak zwaną “Destylarnię” – wielka fabryka przerobiona na małe miasteczko artystów, pełne galerii pubów, restauracyjek. Wsyztsko urządzone w starych halach, gdzie można obejrzeć resztki sprzętu destylatrskiego, czy innych maszyn, dzwigów. Troszkę kojarzyło mi się to z Łodzią, a troszkę z Kazimierzem, gdzie starocie zostały odrestaurowane i stały się miejscem luksusowym. Na obiedzie byliśmy we włoskiej restauracji. Bardzo włoskiej. Gniocci rewelacyjne, tagiatelle z królikiem podobno róznież. Leigh jest straszną fanką Toronto, przyniosła mnóstwo ulotek o róznych ciekawych miejscach, oprócz tego zrobiła nam listę miejsc, które koniecznie musimy zobaczyć lub zrobić – np. pojechać z jej zespołem na coroczne zrywanie jabłek… ;) Zostaliśmy jeszcze wczoraj przewiezieni przez najstarszą dzielnicę Cabbage Town, którą dziś jeszcze obeszliśmy na nóżkach oraz przez najbardziej luksusową dzielnicę  – Rosedale (tam autobusami jeżdżą tylko sprzątaczki i nianie…i ja, jak jeździałam kuzynkę odwiedzić by Erin). doczekało się jeszcze jednego komentarza, które ślicznie obrazuje planowanie przestrzenne Północnej Ameryki (proste długie drogi, od którcyh odchodzą boczne, takie miejscie kwadraty). Chyba Leigh dziwiła się głośno, że nie rozumie czemu tutaj drogi są tak kręte, zamisat proste i odchodzące boczne pod kątem prostym. erin stwierdziła, żeby zmylić tych, którzy tu nie pasują i nie powinni mieszkać.

A Kapustowo (Cabbage Town) zawdzięcza nazwę temu, że biedni pierwsi mieszkańcy w ogródkach zamiast kwiatów hodowali kapustę. Dziś w kilku miejscach widziałam kapustę, ale ozdobną. Istnieje też flaga Kapustowa. Baaardzo podobna do kanadyjskiej – kolor czerwony zastąpiony jest zielonym, a klonik – kapustą. W Kapustowie odbywa się też w każdy wtorek targ (z wieloletnią tradycją, która oczywiście w porownaniu z Europą jest mało stara, ale tutaj dość stara, aby być ważnym punktem programu zwiedzania). Wybraliśmy się na targ. Owoce, warzywa, mnóstwo grzybów, regionalne wyroby, stoisko z chlebem, miodem i…daniami z Jamajki.

Toronto naprawdę wygląda na miłe miejsce do życia.



Leave a Reply


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.