Po obronie zaczęło się szalestwo etatowe, półetatowe, wieloetatowe, które skończyło się na razie bez żadnego rozwiązania. Trochę szkoda, bo miałam nadzieję pojechać na wakacje uzbrojona w wiedzę, co dokładnie będzie ze mną jak wrócę. Tymczasem jednak cały czas otworem stoi droga zostania przemytnikiem :P
Znów wyruszamy do Meksyku, znów zupełnie nie tropem “Królowej Południa”, ale stan Sinaloa nadal do najbezpieczniejszych nie należy. Tym razem znów dużo Mexico City i rodziny meksykańskiej, a później Jukatan i piramidy. Zakupiłam nawet książkę o Majach.
W Mexico City żadnych strasznych potworów pełzających i biegająco-gryzących nie było, na Jukatanie ponoć występują tarantule. Hmmm. Zastanawiamy się czy powinniśmy dopakować jakieś kalosze?
Z regularnością wpisów u mnie ostatnio tragicznie, więc nie będę obiecywać regularnego pisania. Zwłaszcza, że pojęcia nie mam, jak będzie z dostępem do internetu. Na pewno będę robić mnóstwo zdjęć i na pewno będę dużo notować i pewnie po powrocie - porządkować i spisywać.
Jutro jeszcze ostatnia wyprawa po drobiazgi i ruszamy. Kapelusze jak Indiana Jones mamy, będzie dobrze.
Do zobaczenia!



July 13th, 2009 at 12:03 pm
bedziemy tesknic :)
…i przywiez wiecej tych przepysznych slodkosci :)
July 16th, 2009 at 6:09 pm
W moich tajwańskich wojażach, nie z brakiem dostępu do internetu lecz z weną jest problem. A piszę głównie, żeby Ci powiedzieć o tarantulach słowo. Co prawda to nie jest zbyt precyzyjne określenie, ale większość pająków, które się potocznie tą nazwą określa ma jad niegroźny dla życia człowieka o składzie podobnym do pszczelego (no groźny jak ktoś uczulony, ale to samo z pszczołami czy-ż nie?) :)
A wchodzą do budynków raczej gdy przychodzi jesień, żeby szukać ciepła. Tam chyba teraz ciepło :) Żeby w naturze zaatakowały człowieka, to trzeba na nie nadepnąć, oprzeć się o nie, pomylić z krewetką na talerzu etc. Nie daj się zakokonować :) pozdrawiam