“W tego typu magazynach [o modzie] zawsze recenzują jakieś filmy, CD, ale ja zawsze szukam działów poświęconych książkom.Kiedyś ojciec, profesor historii zapytał mnie przez telefon, jakie książki są w tej chwili popularne w Ameryce, a ponieważ akurat miałam takie pismo pod pachą, więc je otworzyłam i zaczęłam mu czytać tytuły: Co zrobić, żeby mężczyzna się w tobie zakochał:metoda prób i błędów, Dlaczego mężczyźni nie słuchają, a kobiety nie potrafią czytać map: w jaki sposób się różnimy i co z tym zrobić i Jak straszyć duchy.
Kiedy skończyłam, na drugim końcu lini zapanowała cisza. Następnie, po głębokim zastanowieniu, ojciec powiedział:
- Z tego, co mi przeczytałaś, odnoszę wrażenie,że twoja książka ma szansę zrobić w Ameryce furorę.”
“Poślubić Buddę” Wei Hui
W końcu czytam. “Szanghajska Kochanka” mnie nie przekonała. Książka kompletnie obca. Bliższe już mi fantastyka niż bohaterowie z Szanghaju. Jednek w jakiś sposób mnie ta książka urzekła, Szanghaj mnie urzekł, opisy jedzenia. Pamiętam, że czytając, byłam ciągle głodna.
Z poślubianiem buddy idzie mi lepiej. Znów oczywiście bez przerwy myślę o jedzeniu ;)
Podoba mi się połączenie Szanghaju z Nowym Jorkiem. Podobają mi się wybrane cytaty zaczynajace każdy rozdział. Nawet moja ukochana Sei Shounagon się tam zaplątała. Potrzebowałam dziś poczytać coś, gdzie nie ma kości, nadpalonych zwłok (jak u Reichs) oraz naukowego bełkotu (w książkach, które czytam do doktoratu), A że kiedyś dostałam Wei Hui, zabrałam się. Czytadło. Ale kilka zdań bardzo przykuło moją uwagę. Jedno z nich wylądowało na blogu, pojawi się pewnie jeszcze kilka.
Jednocześnie, jak tylko zaczęłam czytać, o mało nie rzuciłam książką o ścianę. Tłumaczenie z angielskiego i stosowanie pisowni z epoki Kunslera to coś czego strawić nie mogę. “Lao Cy” i “chy” (kto zgadnie, o jakie chińskie słowo tu chodzi?) sprawiają, że mi się niedobrze robi. Ułatwmy sobie życie wszyscy i używajmy pinyinu do diabła! Już się nie będę o tony czepiać. Japońszczyzna w książce woła również o pomstę. Psuje mi to mocno przyjemność czytania. Ciekawa jestem, jak w angielskiej wersji było. No nic, walczę z samą sobą,bo to troszkę głupie jednak tak się złościć.
A dziś podobno był najbardziej depresyjny dzień roku. Nie dając się depresji postanowiłam odszukać cudny kawałeczek z Supernatural. Dean w roli głównej ;) LINK
Recent Comments