Wszyscy jesteśmy zen

Za pędzlem 3 Comments »

1. Zen prezentacje.
Większość z nas miała do czynienia z prezentacjami. Oglądała je, przygotowywała.
Prezentacje dzielą się na dobre i złe.
Te złe są zazwyczaj przeładowane tekstem, którego i tak nikt nie czyta (zbrodnią jest, jak prezenter mówi: „a teraz Państwo sobie przeczytają…”).

Te dobre natomiast…no właśnie…czemu niektóre prezentacje są dobre?
Pewnie dlatego, że ILUSTRUJĄ to, co prezenter MÓWI.
Nikt nie rodzi się z umiejętnością robienia prezentacji, ale można się tego nauczyć. Często pomaga zwykła intuicja, przygotowanie iluś tam prezentacji i obejrzenie iluś innych.
Warto zobaczyć czasem złą prezentację. Myśli się wtedy: „ja nigdy tego nie zrobię moim słuchaczom” I o to właśnie chodzi.
Lepiej jednak oglądać dobre prezentacje. Prezentacje Jobsa – są genialne, można podglądać TED.
A najlepiej zacząć od świetnej książki Presentationzen, której autorem jest Garr Reynolds, a przedmowę (w formie slajdów) przygotował inny guru prezentacji Guy Kawasaki:

Można też śledzić bloga. Garr Reynolds wykłada na Kansai Gaidai, niestety, żałuję, nie poszłam na jego zajęcia. Innym razem ;)
Można też zainteresować się bliżej Pecha Kucha (ペチャクチャ).

Jak patrzę na swoje wczesne prezentacje, to aż mi żal, że wcześniej tego wszystkiego nie wiedziałam. Choć, nieskromnie, napiszę, że intuicję chyba miałam zawsze dość dobrą. ;)

2. Zen organizacja czasu.
W zeszłym roku miałam kryzys totalnego braku czasu, za dużo rzeczy musiałam zrobić jako nauczyciel, korektor. Do tego oczywiście doktorat i dużo rzeczy związanych z CTA. Zaczęłam się gubić, więc sięgnęłam do (zapomnianych, odrzucanych ciągle) porad z serii GTD – zapisywałam wszystko na kartkach, wyłączałam mail, etc.
Nigdy jednak nie miałam ochoty wprowadzać w życie całego GTD, za dużo to dla mnie.

Tomek podrzucił mi więc Zen To Done, Leo Babauta.

I powli zaczęłam sobie to wprowadzać w życie. I działa. Zainstalowałam nad biurkiem tablicę do której przyklejam kolorowe karteczki z rzeczami „to do”, notuję wszelkie inne w moleskinie. Najtrudniej mi przejść od „to do” do „do” – zwłaszcza tam, gdzie jest – skończyć rozdział doktoratu, ale do tego też przejdziemy.
ZTD jest prostsze niż GTD i chyba bardziej mi pasuje.

(Jak nie piszę bloga, to znaczy że nie jest akurat w priorytetach na ten dzień)

3. Zen cytat z Presentationzen:
Do Not Force It
Idling or doing nothing is important. Most of us, me included, are obsessed with getting things done. We’re afraid to be unproductive. And yet, the big ideas often come to you during periods of “laziness”, during those episodes of “wasting time”. People need more time away from the direct challenges of work. Long walk on the beach, a jog through the forest, a bike ride, spending to five hours in a coffee shop with the Sunday paper. (…)

Cudowne, prawda? Dla tych, co nie “zangielszczeni” – cytat mówi o tym, że ważne jest czasem nic nierobienie (pięć godzin nad kawusią). To pozornie nicnierobienie podnosi naszą kreatywność. Musimy po prostu czasem od pracy odpocząć. I to odpocząć tyle ile chcemy i w sposób, w jaki lubimy.

4. Zen mądrość:

Everything
just as it is,
as it is,
as is.
Flowers in bloom.
Nothing to add.

Rzeczy jakie są, każdy widzi. Nie ma co cudować. Jak się pisze, to się pisze, a jak wypoczywa – wypoczywa. ;)

5. I troszkę Jobsa jeszcze:

6. Zen zen na koniec.

Zen zapisuje się znakiem: 禅. Po chińsku czyta się chan, po koreańsku – seon. Symbolem nauczania zen jest koło.

Do Japonii marsz

Za pędzlem 3 Comments »

Widok na zamek Nijō (二条城)

Można dzięki kochanym guglom pospacerować i pozwiedzać Japonię. Na razie nie po wszystkich miastach, ale jest już Kioto, Osaka, Kobe, Tokio. Oczywiście nie całe, ale są.

Pierwsze co zrobił Tomek w Kioto, to poszukał naszego hostelu. I jest :) I jest uliczka i pizzeria obok. Do pizzeri nigdy nie poszliśmy, ale była tak znana w okolicy, że dzięki niej pan w stacji metra wytłumaczył nam drogę. :)

Znalazła też nasz hotel w Tokio – Kimi Ryokan.

Miłego SPACERU – trzeba wybrać miasto i do dzieła :)

W sumie taka rzeczy przyszła mi do głowy. Jak ktoś szuka hotelu, może sobie od razu okolicę obejrzeć. Fajne.

I link dla Sayama. To TEN ramen. Dla zainteresowanych, którzy są akurat w Tokio. Na Ikebukuro jest najlepszy IMHO ramen na świecie. ;)

Edit:

To baaardzo uzależnia. Właśnie wylądowałam w El Paso. Jak na filmach normalnie. I taki ładny domek znalazłam.  ;)

Ostatni meksykański wpis

Ale Meksyk No Comments »

O Ixtapa, czyli miejscu, gdzie spędziliśmy kilka dni wakacji.

Trudno jest opisywać wakacje bo człowiek się po prostu leni. Rozkład dnia jest bardzo prosty: śniadanie, spacer po plaży, pójście po ręczniki, zajęcie leżaków w cieniu ale z możliwością wysunięcia na słońce, leżenie i opalanie i czytanie, pływanie w basenie, pływanie w oceanie, leżenie (te czynności powtarzane są wielokrotnie), zejście ze słońca, prysznic, pójście na jedzenie, po wodę i przekąski do sklepu, powrót do hotelu, odpoczywanie, pójście spać.
Ixtapa to, jak pisze przewodnik, „supernowoczesny kurort pełen wysokich, luksusowych hoteli”. Tak, to prawda. Przyjemna też jest plaża – Playa Palmar, zakole ma ok. 4 km., my ulokowani byliśmy mniej więcej po środku, w hotelu Fontan. spacer po plaży obejmował właśnie to zakole – od portu na prawo, do skał po lewej stronie, gdzie ulokowane były domki mieszkalne. Oj, chciałoby się tak mieszkać. Bardzo! Ale dokładnie tam, nie że ogólnie w Meksyku.

Nie ma w okolicy absolutnie nic do zwiedzania. Nie polecam więc osobom, które chcą połączyć wypoczynek ze zwiedzaniem. Zwiedzić port można. I restauracje.
Do Ixtapy/Zihuatanejo leci się z Mexico City około godziny. Samolot w drodze na wakacje wpadł w burzę, “troszkę” nami porzucało. No dobrze – jeszcze nigdy w życiu nie rzucało mną tak, żeby się wylewały napoje z kubków. Poza tym, na widok pasa startowego, zrozumiałam zdanie z „Królowej Południa” na temat „króla krótkiego pasa”, jak nazywano Blondyna. Oj, krótki jest ten pas. I wśród gór. I w lesie palmowym. Bo palmy rosną w lesie, jak to drzewa mają w zwyczaju.
Lotnisko jest malutkie, choć międzynarodowe. Bilety wypisuje się tam ręcznie, nie ma aparatury do prześwietlania bagażu, więc jest on przeglądany ręcznie. Samoloty latają tam dość małe. I nie ma klimatyzacji.

W Ixtapie, jak w większości nadmorskich miejscowości, można objadać się do woli rybami i owocami morza. Kusiły mnie bardzo homary i langusty, ale niestety nie odważyłam się. Wstydziłam się, bo nie mam pojęcia, jak to jeść… Postawiłam na ryby i był to dobry wybór właściwie. Do przedostatniego dnia, kiedy lekko się strułam i w dzień wyjazdu cierpiałam okropnie. Na szczęście apteczka była dobrze zaopatrzona.
Polecam tortille z rybami, ryby w sosie z mango i w sosie veracruzana (może być pikantna). W jednej restauracyjce serwowali też przesmaczną zupę z tortilli.
Ocean. Ocean to nie przelewki. Fale są silne. Wiem, Małga mi mówiła o tym, ale naprawdę nie wyobrażałam sobie, jak bardzo silne. Pierwszego dnia poszliśmy na spacer plażą, tak żeby woda nam tylko co jakiś czas stopy opływała. I jedna fala zmyła nas niemal do pasa. W drodze powrotnej inna fala podcięła mi nogi i się przewróciłam. Tak są silne! Czasem też, przez fale wracające, był kłopot z wyjściem z wody, fale ściągają w wodę. Najgorzej dostać się między dwie fale, rzuca człowiekiem wtedy jak chce. Naprawdę zupełnie traci się kontrolę. Jednego dnia, gdy troszkę wiało, zdecydowałam sie wyjść z wody. Po prostu kompletnie mną poniewierało i uznałam, że nie będę ryzykować. W pozostałe dni pluskałam się radośnie.
Zastanawiało mnie na początku, dlaczego ludzie często kąpią się w ubraniu. Jak się po jednym dniu spiekłam, zrozumiałam. Sama zaczęłam pływać w bluzeczce. Meksykańskie słońce. I ocean. Zupełne zaskoczenie dla mnie. Męczące zaskoczenie. Po pójściu do restauracji i zjedzeniu obiadu, trzeba odpocząć.
Zdjęcia z Ixtapy – TUTAJ.
I chyba tyle na temat wakacji w Meksyku. Jedno jest pewne, Małga sobie fajną rodzinę znalazła. ;)

Meksykańskie ciekawostki 4 i 5

Ale Meksyk No Comments »

Jako wielka fanka serii Silent Hill, muszę napisać o Toluce. Co prawda nie jest to Toluca Lake, ale Toluca stolica stanu Meksyk. Jest to najwyżej położona stolica stanu – 2680 m n.p.m. My tam niestety nie dotarliśmy. Na solidne zwiedzenie Meksyku (mam tu na myśli sam stan) trzeba pewnie z pół roku. Tym bardziej, że ja jestem typem “wolnego zwiedzacza”. Lubię posiedzieć w kawiarenkach, poczuć klimat miejsca, pogapić się na ludzi. Wolę też zobaczyć mniej a intensywnej niż wyruszyć w objazdową wycieczkę w stylu – godzina na piramidach, dwie w centrum i lecimy dalej.
Powtarzam sobie jak mantrę: „następnym razem”. Toluca następnym razem. Koniecznie w piątek, bo wtedy odbywa się tam targ, który jest słynny w całym Meksyku (już nie stanie ;) )
A jak przy miastach na „T” jesteśmy, to następnym razem też Tula – miasto, gdzie zachowały się wielkie posągi wojowników o wysokości ponad 4 metrów.

I nadal na „T” – Tlalnepantla, czyli nazwa dzielnicy, w której mieszkają rodzice Hectora, tłumaczy jako „ziemia pomiędzy”. Pierwszą reakcją Małgi było podobno: „Śródziemie?”. Dokładnie taka była również nasza reakcja. Czyli, jak ktoś szuka Śródziemia, powinien wybrać się do Meksyku, a nie do Nowej Zelandii. ;)
Mieszkanie. Domy nie przypominają mi do końca domów. Bardziej takie domki letniskowe z wejściem od razu do salonu. Wygodne, czyściutkie, zadbane, ale bardzo małe. Rzadkością, poza centrum, są wieżowce, czy choćby niskie bloki. Zabudowa zresztą jest generalnie chaotyczna. Faktycznie – ładne to miasto nie jest. Jest inne zupełnie niż to, co widujemy w Polsce. Nie ma chyba nawet czegoś takiego, jak „sypialnie miejskie”, nie ma blokowisk. Jest chaos.
Podobno niskie domki buduje się z powodu trzęsień ziemi.

Słońce w Meksyku to nie słońce z Europy. Włochy i Grecja mogą się schować. Tutaj słońce pali. Odczuliśmy to już w Teotihuacan, gdzie spiekło nas mimo pochmurnej pogody. Tak, jak tam postanowiliśmy, pobiegliśmy jeszcze przed wyjazdem do Ixtapy zakupić krem z filtrem nr 30. I jak się później okazało, nie była to przesada. Myślę, że można się tutaj opalić mimo stosowania 60. Nie wychodziliśmy za wiele na słońce, byliśmy ostrożni, dużo leżeliśmy w cieniu a i tak jesteśmy lekko podpieczeni.
Na takie słońce nie byłam przygotowana.
Słońcu towarzyszy wilgoć – woda skrapla się w nocy na szybach, które były schłodzone dzięki klimatyzacji. Sama wilgoci jakoś bardzo nie odczuwam, ale wierzę Tomkowi.

Na pocieszenie od upałów jest piwo. I uwaga – piwo Pacifico naprawdę istnieje! Dla niewtajemniczonych – jest to piwo, które lubił pić Blondyn Davila z „Królowej Południa”. Piłam, smaczne jest. Choć wolę chyba delikatniejsze Sol. Ale pić piwo, które „występuje” w ulubionej książce! Ojojojojo! Musiałam spróbować. :)

Pacifico

Znaleźliśmy też w księgarni „La Reina del Sur” no i głupki jesteśmy – kupiliśmy. I szukaliśmy fragmentu „siedemdziesiąt kulek siedem milimetrów”. I jest. I w sumie nawet coś tam rozumiem. Hiszpański jest wspaniałym językiem :) Podejrzanie jednak zrozumiały. Mówić oczywiście nie mówię nic, ale rozumiem co ludzie mówią. Też nie wszystko, żeby nie było.
„Setana plomos de a siete … Mataron al jefe Ordóñez a las seis de la mañana. Que fueron muchos balzos pa’ una hora tan temprana.”

No właśnie. Cały czas się zastanawiam jak to z tą przestępczością meksykańską. Przewodnik ostrzega co kilka stron.
Fakt faktem różnimy się wyglądem. Ludzie się gapią. Ale też fakt, że nie mieszkamy w żadnej dziczy, ale w wakacyjnym kurorcie. Tutaj groźni są naganiacze. ;) Meksyk pod tym względem jest straszny. Każdy chce coś sprzedać, wcisnąć, namówić na zjedzenie. Przez to wypracowaliśmy drogę do restauracji, która omija większość naganiaczy. Kombinujemy jak i gdzie skręcić i wymykamy się. Istny tor przeszkód.

Wakacje wybieraliśmy w firmie Liberacion, jakby ktoś chciał pojechać. To jedna z tańszych firm.

Meksyk, dzień szósty 12 lipca

Ale Meksyk No Comments »

Tytuł wpisu powinien właściwie brzmieć: “Meksykańskie wesele. Podobieństwa i różnice” ;)

W sumie podobne do polskiego. Msza ślubna, a w tym przypadku – dziękczynna też podobna. Na „Ojcze nasz” trzyma się za ręce. Komunia w trakcie specjalnych okazji jest pod dwiema postaciami. Młoda Para wchodzi do kościoła prowadzona przez księdza, a nimi wchodzą rodzice.
Po kościele są życzenia. Życzenia są też później, w sumie – jak kto chce. Kompletny chaos, brak zorganizowania i wolność.
A wesele, czy też przyjęcie zaczyna pierwszy taniec Małgi i Hectora.

Potem oczywiście dołączyli rodzice i ja z Tomkiem, jako rodzicowe zastępstwo. Po tańcu było puszczenie w górę białych baloników. Miłe i ładne. Ale podejrzewam, że to tradycja bardziej filmowa niż meksykańska.
Później obiad. Najpierw zupa pozole, potem bufet z różnościami meksykańskimi. Moim odkryciem jest flor de calabaza – kwiatki dyni na pikantnie. Mniam!
Jedzenie trwa i trwa, orkiestra przygrywa, ale nikt nie tańczy. Zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się, że czekamy na Państwa Młodych. Czyli na drugi pierwszy taniec.
I jak już tańce się zaczęły, to się nie skończyły. Deser – meksykańskie słodycze i kawa został po prostu podany, a orkiestra grała i grała…

W odróżnieniu od polskiego wesela nie ma tyle jedzenia. Aaaaa! Zapomniałabym. Jest wata cukrowa! Była różowa i niebieska, ale mają też inne kolory. Watę odkryliśmy już w parku Chapultepec. Oczywiście na samym odkryciu się nie skończyło, trzeba było jeszcze zjeść. Mniam. Troszkę ma inny smak, bardziej taki karmelowy. Cukier tutaj jednak jest robiony z trzciny cukrowej, więc też smak nieco inny. Wata niebieska farbuje język. ;) I jest pakowana w worki po zrobieniu. Tzn. na patyku w worku. Nie wiem, jak się dzieje, że się nie skleja. Magia waty cukrowej.
Wracając do wesela.
Stwierdziłyśmy z Małgą, że ludzie w Meksyku są chyba bardziej bezproblemowi. Usiłowałyśmy sobie wyobrazić w Polsce bufet i zamiast ciast – koszyczek z kilkoma słodyczami. Byłoby marudzenie. Ale też inna tradycja. No i nie nosi się rajstop. :P
A na koniec wesela przyszli mariachi….
Ubrani zgodnie z życzeniem. Pytali się wcześniej o kolor sali, o ulubiony kolor Małgi, żeby się wpasować. Miło, prawda?

No więc przyszli mariachi i zaczęli grać. Najpierw przed głównym stołem, potem oczywiście zażądali zatańczenia od Młodej Pary, a potem były różne dziwne zabawy przy muzyce tradycyjnej. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale było zabawnie. Zabawy z mariachi dały szansę orkiestrze niepostrzeżenie się zwinąć.
A potem już naprawdę był koniec.

Zdjęcia weselne: TUTAJ

A tak przy okazji mariachi, przypomniał mi się całkiem stary film Roberto Rodrigueza z Banderasem i cudną Salmą Hayek. Pamiętacie Desperado?

Taka muzyka była:

A jak przy Rodriguezie, to może od razu do Tarantino i Kill Billa 2, bo dzięki niemu poznałam piosenki Chingon, a konkretniej – Malaguena Salerosa:

No to miłego tygodnia!  :)


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.