Ostatni meksykański wpis

Ale Meksyk Add comments

O Ixtapa, czyli miejscu, gdzie spędziliśmy kilka dni wakacji.

Trudno jest opisywać wakacje bo człowiek się po prostu leni. Rozkład dnia jest bardzo prosty: śniadanie, spacer po plaży, pójście po ręczniki, zajęcie leżaków w cieniu ale z możliwością wysunięcia na słońce, leżenie i opalanie i czytanie, pływanie w basenie, pływanie w oceanie, leżenie (te czynności powtarzane są wielokrotnie), zejście ze słońca, prysznic, pójście na jedzenie, po wodę i przekąski do sklepu, powrót do hotelu, odpoczywanie, pójście spać.
Ixtapa to, jak pisze przewodnik, „supernowoczesny kurort pełen wysokich, luksusowych hoteli”. Tak, to prawda. Przyjemna też jest plaża – Playa Palmar, zakole ma ok. 4 km., my ulokowani byliśmy mniej więcej po środku, w hotelu Fontan. spacer po plaży obejmował właśnie to zakole – od portu na prawo, do skał po lewej stronie, gdzie ulokowane były domki mieszkalne. Oj, chciałoby się tak mieszkać. Bardzo! Ale dokładnie tam, nie że ogólnie w Meksyku.

Nie ma w okolicy absolutnie nic do zwiedzania. Nie polecam więc osobom, które chcą połączyć wypoczynek ze zwiedzaniem. Zwiedzić port można. I restauracje.
Do Ixtapy/Zihuatanejo leci się z Mexico City około godziny. Samolot w drodze na wakacje wpadł w burzę, “troszkę” nami porzucało. No dobrze – jeszcze nigdy w życiu nie rzucało mną tak, żeby się wylewały napoje z kubków. Poza tym, na widok pasa startowego, zrozumiałam zdanie z „Królowej Południa” na temat „króla krótkiego pasa”, jak nazywano Blondyna. Oj, krótki jest ten pas. I wśród gór. I w lesie palmowym. Bo palmy rosną w lesie, jak to drzewa mają w zwyczaju.
Lotnisko jest malutkie, choć międzynarodowe. Bilety wypisuje się tam ręcznie, nie ma aparatury do prześwietlania bagażu, więc jest on przeglądany ręcznie. Samoloty latają tam dość małe. I nie ma klimatyzacji.

W Ixtapie, jak w większości nadmorskich miejscowości, można objadać się do woli rybami i owocami morza. Kusiły mnie bardzo homary i langusty, ale niestety nie odważyłam się. Wstydziłam się, bo nie mam pojęcia, jak to jeść… Postawiłam na ryby i był to dobry wybór właściwie. Do przedostatniego dnia, kiedy lekko się strułam i w dzień wyjazdu cierpiałam okropnie. Na szczęście apteczka była dobrze zaopatrzona.
Polecam tortille z rybami, ryby w sosie z mango i w sosie veracruzana (może być pikantna). W jednej restauracyjce serwowali też przesmaczną zupę z tortilli.
Ocean. Ocean to nie przelewki. Fale są silne. Wiem, Małga mi mówiła o tym, ale naprawdę nie wyobrażałam sobie, jak bardzo silne. Pierwszego dnia poszliśmy na spacer plażą, tak żeby woda nam tylko co jakiś czas stopy opływała. I jedna fala zmyła nas niemal do pasa. W drodze powrotnej inna fala podcięła mi nogi i się przewróciłam. Tak są silne! Czasem też, przez fale wracające, był kłopot z wyjściem z wody, fale ściągają w wodę. Najgorzej dostać się między dwie fale, rzuca człowiekiem wtedy jak chce. Naprawdę zupełnie traci się kontrolę. Jednego dnia, gdy troszkę wiało, zdecydowałam sie wyjść z wody. Po prostu kompletnie mną poniewierało i uznałam, że nie będę ryzykować. W pozostałe dni pluskałam się radośnie.
Zastanawiało mnie na początku, dlaczego ludzie często kąpią się w ubraniu. Jak się po jednym dniu spiekłam, zrozumiałam. Sama zaczęłam pływać w bluzeczce. Meksykańskie słońce. I ocean. Zupełne zaskoczenie dla mnie. Męczące zaskoczenie. Po pójściu do restauracji i zjedzeniu obiadu, trzeba odpocząć.
Zdjęcia z Ixtapy – TUTAJ.
I chyba tyle na temat wakacji w Meksyku. Jedno jest pewne, Małga sobie fajną rodzinę znalazła. ;)



Leave a Reply


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.