Tytuł wpisu powinien właściwie brzmieć: “Meksykańskie wesele. Podobieństwa i różnice” ;)
W sumie podobne do polskiego. Msza ślubna, a w tym przypadku - dziękczynna też podobna. Na „Ojcze nasz” trzyma się za ręce. Komunia w trakcie specjalnych okazji jest pod dwiema postaciami. Młoda Para wchodzi do kościoła prowadzona przez księdza, a nimi wchodzą rodzice.
Po kościele są życzenia. Życzenia są też później, w sumie - jak kto chce. Kompletny chaos, brak zorganizowania i wolność.
A wesele, czy też przyjęcie zaczyna pierwszy taniec Małgi i Hectora.
Potem oczywiście dołączyli rodzice i ja z Tomkiem, jako rodzicowe zastępstwo. Po tańcu było puszczenie w górę białych baloników. Miłe i ładne. Ale podejrzewam, że to tradycja bardziej filmowa niż meksykańska.
Później obiad. Najpierw zupa pozole, potem bufet z różnościami meksykańskimi. Moim odkryciem jest flor de calabaza - kwiatki dyni na pikantnie. Mniam!
Jedzenie trwa i trwa, orkiestra przygrywa, ale nikt nie tańczy. Zaczęliśmy się niepokoić. Okazało się, że czekamy na Państwa Młodych. Czyli na drugi pierwszy taniec.
I jak już tańce się zaczęły, to się nie skończyły. Deser - meksykańskie słodycze i kawa został po prostu podany, a orkiestra grała i grała…
W odróżnieniu od polskiego wesela nie ma tyle jedzenia. Aaaaa! Zapomniałabym. Jest wata cukrowa! Była różowa i niebieska, ale mają też inne kolory. Watę odkryliśmy już w parku Chapultepec. Oczywiście na samym odkryciu się nie skończyło, trzeba było jeszcze zjeść. Mniam. Troszkę ma inny smak, bardziej taki karmelowy. Cukier tutaj jednak jest robiony z trzciny cukrowej, więc też smak nieco inny. Wata niebieska farbuje język. ;) I jest pakowana w worki po zrobieniu. Tzn. na patyku w worku. Nie wiem, jak się dzieje, że się nie skleja. Magia waty cukrowej.
Wracając do wesela.
Stwierdziłyśmy z Małgą, że ludzie w Meksyku są chyba bardziej bezproblemowi. Usiłowałyśmy sobie wyobrazić w Polsce bufet i zamiast ciast - koszyczek z kilkoma słodyczami. Byłoby marudzenie. Ale też inna tradycja. No i nie nosi się rajstop. :P
A na koniec wesela przyszli mariachi….
Ubrani zgodnie z życzeniem. Pytali się wcześniej o kolor sali, o ulubiony kolor Małgi, żeby się wpasować. Miło, prawda?
No więc przyszli mariachi i zaczęli grać. Najpierw przed głównym stołem, potem oczywiście zażądali zatańczenia od Młodej Pary, a potem były różne dziwne zabawy przy muzyce tradycyjnej. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale było zabawnie. Zabawy z mariachi dały szansę orkiestrze niepostrzeżenie się zwinąć.
A potem już naprawdę był koniec.
Zdjęcia weselne: TUTAJ
A tak przy okazji mariachi, przypomniał mi się całkiem stary film Roberto Rodrigueza z Banderasem i cudną Salmą Hayek. Pamiętacie Desperado?
Taka muzyka była:
A jak przy Rodriguezie, to może od razu do Tarantino i Kill Billa 2, bo dzięki niemu poznałam piosenki Chingon, a konkretniej - Malaguena Salerosa:
No to miłego tygodnia! :)



Recent Comments