Pogoda bez większych zmian, pochmurnie. Nie pada. Ale jest dopiero rano. Wczoraj rano nawet zapowiadało się, że wyjdzie słońce, a skończyło na permanentnym deszczu.
Zaraz zbieramy się do rodziców Hectora i razem mamy jechać na chilaquiles do zaprzyjaźnionej restauracji. Ponoć są to najlepsze chilaquiles w Mexico City.
Co dalej – się zobaczy. Mieliśmy pospacerować po parku Chapultepec – czyli Bosque de Chapultepec. Jest tam zamek. Jedyny w Meksyku ;) Park jest blisko muzeum, więc może uda się kupić ten album. zobaczymy.
wszystko w rękach Słońca. Na razie troszkę ponury mamy nastrój, bo przy tej pogodzie nie ma co jechać na piramidy. :( Trzymać mi tam kciuki za pogodę. Proszę! Ślicznie proszę
–
Nikt jeszcze nie wiedział,że te kciuki potrzebne, bo nie miałam jak wpisów na bloga wrzucić, a tu już troszkę lepiej. Padało, ale mniej, popołudniu nawet zobaczyliśmy błękitne niebo i słoneczko.
Chapultepec w nahuatl znaczy „wzgórze pasikonika” - motywy z nim związane pojawiają się niemal wszędzie. Mnie zauroczyła fontanna, ale ja to w ogóle bardzo fontanny lubię
W miejscu parku, w roku 1847 stoczono bitwę z wojskami Stanów Zjednoczonych. W latach1864-67 Meksyk był okupywany przez Francję. W latach sześćdziesiątych w zamku na wzgórzu Chapultepec rezydował cesarz Maksymilian Habsburg. Stracono go w Queretaro.
Na zamku mieści się muzeum historii Meksyku – malowidła, monety, przedmioty codziennego użytku. Dla mnie niestety już to znacznie nudniejsze niż takie muzeum antropologiczne.
Warto jednak tam pójść, bo z tarasu zamku można podziwiać miasto. Wpadłam tam w istny szał fotografowania. Miejsce cudne
Udało nam się też wrócić do muzeum antropologicznego i zakupić książkę o muzeum i o piramidach w Meksyku. Marzy nam się teraz wyprawa motocyklowa po Jukatanie połączona ze zwiedzaniem piramid. Pierwszy tydzień jednak trzeba przeznaczyć na aklimatyzację.
Na koniec dnia udaliśmy się do artystycznej dzielnicy Coyoacan, gdzie mieści się muzeum Fridy. Niestety faktycznie calutka dzielnica jest w remontach (Meksykanie mają styl remontowania jak Polacy, nie da się po kawałku, trzeba zamknąć wszystko!), więc do muzeum nie dotarliśmy. Skończyło się na zjedzeniu obiadu i lodów (w moim przypadku o smaku cajeta)
–
Czytam sobie w ramach budowania klimatu super ksiąkę: „Cortes i Montezuma”, autorstwa Maurice Collis. Książkę zakupiłam w taniej księgarni na Brackiej. Dowiedziałam się, że w czasach Cortesa Coyoacan było osobnym miastem, a nazwa oznacza – Miejsce Wielu Chudych Kojotów. Fajnie być zaopatrzonym w książki w podróży.
Mogę się przyznać. Zdjęcia ogólno-meksykańskie są TUTAJ, rozbudowuję galerie tematyczne teraz. Zdjęcia są podpisane, na blogu będzie tylko ich część.




Recent Comments