Meksyk, dzień drugi

Ale Meksyk Add comments

[reklama] CTA jest cudowne i robi najlepsze na świecie imprezy. Wszystko dzięki przecudownym ludziom. Dziękujemy sensei Kang Min Ja, dziękujemy Robercie Tomczykowi i pani Marcie Tarabule. A ja jeszcze dziękuję cudnym ludziom z CTA. Więcej, jak zgram zdjęcia i odpocznę[/koniec reklamy]

Wracamy do Meksyku, tutaj już mam opracowane notatki, więc wskakujmy w kolejny dzień.

8 lipca 2008

W nocy padało. Zimno nadal. Ale jedziemy zwiedzać. Jedziemy do Muzeum Antropologicznego. Tam pogoda niegroźna. Ale naprawdę dość już tego! Ileż można! Dowiedzieliśmy się wczoraj, że z powodu remontów jest zamknięta część miasta, w tym muzeum Fridy Kahlo. No cóż, pojedziemy, zobaczymy, jak się sprawy mają.

Po muzeum.

Słowo “ogromne” jest jak najbardziej na miejscu. Żeby faktycznie zwiedzić to muzeum potrzeba dwóch dni. My mieliśmy 6 godzin, ostatnie sale już przelecieliśmy właściwie, dwóch nie zobaczyliśmy w ogóle. Wychodziliśmy jakieś pół godziny przed zamknięciem i sklep muzealny był zamknięty. A tak bardzo bardzo chcieliśmy kupić jakiś album. Chlip. No nic, wrócimy.
W Muzeum są też wkomponowane kawałki piramid z różnych części Meksyku. Podziwiać można wystawy dotyczące Majów, Azteków i Olmeków. Rewelacja. Niestety zdjęć z fleszem nie wolno, bez - wychodzi za ciemno, więc jedyne zdjęcie jakie mamy to zdjęcie z dedykacją dla Wolviego - bóstwo morskie, Chutulhy w czystej postaci ;)

Takie jest:

Pogodowo - leje. I zimno. :( Niefajnie, niefajnie. Nikt się tego nie spodziewał. Ciotka Hectora mówiła wczoraj, że musi na zakupy się wybrać, bo ma same sandałki. Ciotka mieszka w Stanach.

Dziś wieczorem dojechała Marike, znajoma Małgi i Hectora, też bez ciuchów „zimowych”. Be. A z prognozy pogody wynika, że leje w calutkim calutkim Meksyku, też na wybrzeżu. podobno nigdy się takie coś nie zdarzyło jeszcze. Faktycznie, biorąc pod uwagę powierzchnię kraju…

Jedzeniowo za to dzień wyglądał bardzo ciekawie. Zaczęliśmy śniadaniem - tamale z ananasem. To takie jakby pierożki z kaszy kukurydzianej gotowane na parze w liściach kukurydzy. Do tego bułeczki, tortille kukurydziane, tostady. Do nadziewania pieczywa - avocado, szynki, sery (w tym ser z chili chlpotle), salsa, sos guacamole i najnowsze odkrycie - nopale, kaktus. Kroi liście kaktusa (oczywiście po obraniu ;) ) doprawia i serwuje albo z cebulką albo marchewką, jako sałatkę. Nie ma to jakoś bardzo wyraźnego smaku, ale jest ok. dodatkiem do torilli jest też bób, czyli habbas
Do śniadania dostaliśmy dziką ilość owoców wszelkich - papaje, mango, banany, kiwi, etc, etc. Mniam!

Wieczorem przyszła mama Daphni (jednej z kuzynek, które były w Polsce) i przyniosła tamale w kilku smakach - z salsą zieloną, z mole, z ostrymi chili i na słodko - w kolorze różowym. Mniam! Rozpusta. Od jutra trzeba jeść mniej. Tylko w sumie, co tu robić, jak jest zimno i pada? :(

A i jeszcze duże kulinarne odkrycie - atole pije się do jedzenia. Jak kawę, czy herbatę. Dziwne. Dla mnie to coś typowo deserowego. Atole to taki jakby budyń z mąki kukurydzianej w różnych smakach - część znaliśmy wcześniej dzięki Małdze. Ale na picie atole do śniadania się nie zgadzam. Jestem uwarunkowana na herbatę. Koniec kropka.



Leave a Reply


Wordpress Themes by Sabiostar web development studio.